Brązowa ścieżka i zielony las.

I deszcz.

Pociągnąłem nosem.

Myślałem, że będzie to wyglądało trochę inaczej.

— Daleko jeszcze?

— Oi, już się niecierpliwisz? Dopiero wyruszyliśmy!

Spojrzałem na Rotom Phone’a.

Rzeczywiście…

Poczułem chłód, kiedy nagle zerwał się wiatr.

Pogoda w Johto bywa bardzo przykra.

— Chociaż… teraz i tak nic raczej nie osiągniemy, nie? Mam pewien pomysł!

— Jaki?! — spytałem, usiłując przekrzyczeć wzmagające się porywy.

— Zobaczysz!

To żadna informacja…

Szedłem dalej, próbując wymijać co większe kałuże.

— … i w prawo!

Dotknąłem Poké Balli.

Szkoda, że nie mogę ich teraz wypuścić.

— … i prosto!

Podniosłem wzrok.

Las kończył się, ustępując miejsca zarośniętym polom.

Poczułem się odrobinę lżej.

W końcu dziadek wie, co robi.

— Widzisz go już?

Hmm?

Bezskutecznie wpatrywałem się w wieczorny półmrok.

— Jak nie, to zaraz zobaczysz!

— To znaczy co to…

Chwilę…

Przy drodze coś się znajdowało.

Im bliżej byliśmy, tym stawało się wyraźniejsze.

To… budynek?

Stary, lecz zadbany.

I w stylu johtyjskim.

— Ryokan…?

— Właśnie tak!

Zatrzymaliśmy się.

— Dobrze, że nadal tu jest…

— Myślisz, że ktoś po nas…

— IRASSHAI, IRASSHAI!

Co… za… hałas!

— ZAPRASZAMY SZANOWNYCH GOŚCI!

Przed rozsuniętymi drzwiami stał chłopiec, chyba mniej więcej w moim wieku.

Spojrzał na mnie z błyskiem w oku, po czym nabrał powietrza w płuca.

Dziadek uniósł ręce.

— Nie, nie, nie trzeba! Dziękujemy! Już wchodzimy!

Ukłonił się i przesunął z uśmiechem, odsłaniając wejście.

***

W środku było jasno i ciepło.

Jak dobrze…

— BABCIU! MAMY GOŚCI!

Po chwili z głębi budynku dobiegł głos.

— Że niby teraz? Na pewno sobie ze mnie nie żartujesz, Kureo?

Nie…

— MÓWIĘ POWAŻNIE! TO DWIE OSOBY! DZIADEK I…

— Dobrze, dobrze, już idę! Machi nasai yo!

Popatrzyłem na niego ostrożnie i wyjąłem Rotom Phone’a.

Nie ma zasięgu.

Pogoda czy miejsce?

Czyjeś kroki.

— Mówiłam ci, żebyś tak nie krzyczał!

— A, faktycznie… Przepraszam, babciu!

Odwróciła się ku nam, szeleszcząc kimonem.

— Szanowni goście, witaj… — zaczęła i… umilkła.

— Jiei-kun…?

— Ibuki-chan…?

Imiona…?

— I Hoothoot!

Co się dzieje?

Wybuchnęli śmiechem.

Oni się… znają?

— Powinnam była spodziewać się, że to będziecie wy!

— Skąd niby?

— Bo jedynie wy moglibyście podróżować pieszo w taką pogodę! I to jeszcze z… wnukiem?

— To Kurio! — wskazał na mnie z dumą.

Poczułem, że się czerwienię.

— Miło mi cię poznać, Kurio-kun!

— Mi też jest miło…

— Nasze imiona są podobne, ale moje jest lepsze!

Jak nie jedno, to drugie…

Pokręciła głową.

— Kureo mieliście już okazję poznać…

— Tak, mieliśmy… Tylko… co ty tu tak właściwie robisz, Ibuki-chan?

— Ja też mam pytania! Mój wnuk zaprowadzi was do pokoju, a potem czas na kolację!

***

— Gochisousama!

Uśmiechnęła się w odpowiedzi.

— Cieszę się, że wam smakowało. No to porozmawiajmy trochę!

Dziadek i Hoothoot wymienili spojrzenia.

— Bardzo chętnie, ale… na pewno możemy?

— Co masz na myśli?

— Prowadzenie gospody to na pewno mnóstwo obowiązków, a poświęciłaś nam już sporo uwagi.

— Sugerujesz, że nie wiem, co robię?

— Co? Nie, nie!

Zasłoniła usta dłonią.

— Wszystko jest w porządku. Zresztą jesteście teraz naszymi jedynymi gośćmi, oczywiście.

— Hmm, dobrze, dobrze…

— Ja zaczynam! Dokąd idziecie?

— Szukamy Ho-Oh!

— Cały ten czas?

Czy to… wywarło na niej wrażenie?

— Tak, no, prawie…

— Czyli nie cały?

— Ostatnio miałem pewną przerwę… Ale krótką! Kurio i dwaj jego koledzy przekonali mnie, żeby wziąć się za to z powrotem!

Obróciła się w moją stronę.

— Tak było? Dobra robota, Kurio-kun!

— Dziękuję…

Dziadek zatarł ręce.

— Moja kolej! Jak to było u ciebie?

— Różnie — odparła po chwili. — Bardzo różnie. Tu jestem od niedawna.

— Nudno tu, babciu! Mogę już iść?

— Możesz, tylko przedtem poczęstunek!

Skinął energicznie głową, po czym zniknął w pomieszczeniu obok.

— Przyszykowałaś coś jeszcze?

— Sou, sou! Zaraz zobaczycie, co to!

— Stawiam na jakąś dobrą herbatkę!

— Nie podałabym wam czegoś takiego! To, że niemal nikt o tym nie wie, nie oznacza, że nie jest to szkodliwe!

Jest? Nie wiedziałem…

— A jest? Dobra, mniejsza. W takim razie będzie to…

— PRAWDZIWY JOHTYJSKI PRZYSMAK — MLEKO MOOMOO!

— Kureo!

— No tak… Gomen nasai!

To w sumie dobrze, że poszedł…

Dziadek skrzywił się boleśnie.

— Czemu… czemu on to robi?

— To dlatego, że wychowywał się na farmie. Rozległa przestrzeń, dużo pracy i mało ludzi. Jak zawsze zresztą!

— To ma sens… Właśnie… Kurio, coś zwróciło twoją uwagę po drodze?

Zastanawiałem się przez chwilę.

— Chyba tak… Jak gdyby było tak jakoś… pusto. Wprawdzie padało i było zimno, ale przez kilka godzin nie minęliśmy chyba nikogo. Może jedną czy dwie osoby… Pokémonów też prawie żadnych… I też wszystko było jakieś takie… zaniedbane?

— Dokładnie. Wiesz coś na ten temat, Ibuki-chan?

Westchnęła.

— Najpierw upadły farmy.

— Farmy? Mówisz poważnie?

— Zupełnie.

— Trzydziestka ósemka bez farm… Nie może być… Dziewiątka tak samo?

Dziadek wyglądał na załamanego.

— Tak samo.

— Co więc się stało?

— “Napięcia polityczne”. Znowu pokłócili się o coś z Kantyjczykami. Pewnie o to, co zwykle, czyli coś historycznego. Albo gdzie dokładnie przebiega granica pomiędzy regionami. Czy do kogo należy siedziba Ligi.

Parsknęła.

— Nie mogli wysyłać do Kanto?

— Tak, na ich największy rynek. Trwało to tak długo — nadal trwa! — że w końcu było po nich.

— I nie pomogli im? Ani trochę?

— Jak gdybyś ich nie znał, Jiei! Coś tam niby zrobili. Tylko nic to nie dało.

Nie rozumiałem do końca, o co chodzi, jednak zrobiło mi się przykro.

— Co stało się z Pokémonami z tych farm? — spytałem.

— Nie mieli jak ich utrzymać, więc powypuszczali je.

Powypuszczali…?

— Tylko… Nie widzieliśmy żadnych Miltanków ani Taurosów po drodze.

— Starczy już, Kurio.

— Nie uważasz, że ma prawo wiedzieć?

Skrzywił się, po czym machnął ręką.

— Niech będzie.

— Wyłapali je, przynajmniej te, które byli w stanie. “Dla zachowania równowagi środowiska naturalnego”, mówili. Zgadniesz, gdzie teraz są?

Pokręciłem głową.

— W Strefie Safari, którą założył ostatnio ten Parmańczyk!

W Strefie… Safari…?

— Ale nic się nie bój! — pochyliła się i pogładziła mnie po głowie. — One wszędzie dadzą sobie radę!

Mam nadzieję…

— Próbowali chociaż ukryć, że mu je sprzedali?

— Trochę tak. Na resztę polują kłusownicy. Oni też mu je sprzedają.

— I jeszcze to?!

— A na nich polujemy my!

Klasnął w dłonie.

— To mi pasuje!

Uśmiechnęła się.

— Chociaż tyle możemy zrobić.

— Ktoś poza wami?

— Mochiron da! Te dwie dziewczyny, która prowadzą ostatnią chyba farmę, dalej na zachód, bez przerwy jakichś łapią! Widziałam też Trenerów z Olivine, czasem nawet w całych grupach!

— To jest to! Sam bym im w sumie… A, nieważne.

Nie podoba mi się to wszystko.

— Kurio-kun! Rozchmurz się!

— Dobrze — odparłem odruchowo.

— Pokażę ci coś!

Niechętnie podniosłem wzrok.

W jej dłoni znikąd pojawił się Ultra Ball.

Rzadki rodzaj…

Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, pokój wypełniło czerwone światło materializacji.

Kiedy zgasło, otworzyłem usta.

Wpatrywałem się tak przez chwilę, aż bezwiednie wstałem i podszedłem do niego.

Pokémon zaśpiewał cicho, roztaczając wokół siebie niebieską poświatę.

— Jest… piękny.

— Nie widziałeś nigdy wcześniej smoka? — spytała.

— Nie…

— Czyli ewoluowała! Gratulacje, Ibuki i… Dragonair! Gdzie, Hoothoot?! Nie tak gwałtownie!

Znów roześmiali się w tej samej chwili.

— No i Kurio ma rację. Wygląda niesamowicie.

— Słyszałaś, Dragonair?

— Naa, babciu… Czy pochodzisz z Blackthorn?

Obrócili się gwałtownie.

— Domyśliłeś się? Czy to Jiei-kun ma za długi język?

— Nie, to nie byłem ja.

— Tak mi się jakoś zdawało… Czemu więc już z nimi nie mieszkasz?

Spojrzała na mnie z uwagą.

— Bo kiedy zbyt dbamy o to, co na zewnątrz, zaniedbujemy to, co wewnątrz.

Niezbyt wiedziałem, co ma na myśli.

— Nie można dbać naraz i o to i, o to?

— Można, można! Ale to już koniec na dzisiaj! Jeżeli chcecie mieć jutro siły na szukanie Ho-Oh, musicie dobrze się wyspać!

***

— Gotowy, Cyndaquil?

Pisnął w odpowiedzi.

— To idziemy. Tylko cicho!

Wyszliśmy ostrożnie z pokoju.

Dziadek się nie obudził.

Dobrze. To może się udać.

Zeszliśmy po schodach.

— Teraz chyba w tę stronę…

Tak!

Podeszliśmy do tobiry.

Nasłuchiwałem przez chwilę, po czym rozsunąłem ją.

Deszcz osłabł trochę.

Wytężyłem wzrok.

Bingo!

Stał na wewnętrznym podwórku, ledwo widoczny w szarości przedświtu.

— Jest plecami do nas… Chodźmy!

Odwrócił się dopiero, kiedy byliśmy już blisko.

Zatrzymaliśmy się w odległości kilku kroków.

Poczułem się odrobinę nieswojo.

Wiedziałem, że Miltanki to przyjazne Pokémony, jednak w dalszym ciągu nie udało mi się przyzwyczaić do tego, jak potężne one są.

Przyglądał się nam bystrym spojrzeniem.

Cyndaquil zawołał i pomachał łapką.

Odpowiedzią było głębokie muczenie.

To chyba dobry znak?

— Twój Pokémon jest odważniejszy od ciebie!

— Kureo! Co ty tutaj robisz? — zapytałem, speszony.

— Mieszkam tutaj!

— No tak, ale… godzina jest wczesna…

— Przyszedłem wydoić Milchanka!

Mil… chanka?

— Jak się masz? — podszedł i poklepał go po głowie.

Zareagował dużo entuzjastyczniej niż na nas…

— No dalej, też spróbuj, Kurio!

— Tylko…

— Nie bój się! Popatrz, obserwuj ogon! Kiedy ruchy są powolne i płynne, jest dobrze. A kiedy są szybkie i rwane — uciekaj.

— “Uciekaj”…?

— Śmiało, to dobrze wytrenowany Pokémon!

Zbliżyłem się do niego i wyciągnąłem rękę.

— Uważaj na rogi! Są małe, ale bardzo ostre!

Był gładki i ciepły.

— Dziękuję, Miltank!

Potrząsnął głową i zamuczał ponownie.

— I też przyszedłem powiedzieć, że twoje mleko jest przepyszne!

— Już cię lubi, widzę!

— Dobrze go znasz?

— Najlepiej!

Zaraz…

— To twój Pokémon?

— A czyj niby?

Poważnie?

— Skąd więc go masz?

Uśmiechnął się do Miltanka i zapatrzył się gdzieś daleko.

— Nasza farma była największa, ale upadła jako jedna z pierwszych. Któregoś dnia, kiedy się obudziłem, już ich nie było. Gospodyni, jej rodziny i całej reszty. Sporo Pokémonów też już odeszło. Nie miałem gdzie pójść, a jedzenia nie mogli wziąć ze sobą całego, więc postanowiłem zostać jeszcze trochę.

To… smutne.

— Za jakiś czas został już tylko jeden Pokémon.

— Miltank?

— Un. Był chory.

— Ale udało ci się przywrócić go do zdrowia!

— Niestety nie.

Jak to…?

— Wszyscy mieli dużo problemów i nikt nie chciał nam pomóc, a na lekarstwa nie miałem pieniędzy, więc po prostu tak, no, zostałem z nim do końca.

Przełknąłem ślinę.

— Myślałem…

Przytulił się do Miltanka.

— To jego córka!

— Córka?

— Zniósł jajo na krótko przed tym, jak zachorował. Poprosił, żebym się nim zaopiekował, ale i tak miałem zamiar to zrobić!

A więc to tak…

Otarłem szybko łzę, która nagle ściekła mi po twarzy.

Spojrzał na niebo.

— Chyba będziesz musiał już iść… Opowiem ci jeszcze kawał! Usłyszałem, jak mówił go jeden z naszych gości!

— Dobrze!

— Unovianin przyjeżdża do Aloli. Alolanin pyta: zawód? A Unovianin na to: chyba dla was, sto trzydzieści lat temu!

Stałem przez chwilę bez ruchu, po czym zatrząsłem się ze śmiechu.

— Co? Zaraz! To jest takie dobre?!

— Nie wiem…

— Co znaczy, że nie wiesz?!

— Nic… z tego… nie zrozumiałem!

***

— Dobrze się bawiliście?

A jednak…

— Skąd wiesz, dziadku?

— Bo on krzyczał, a ty się śmiałeś!

Czekaliśmy przed wejściem do ryokanu.

Chyba nie jest zły…

Wyszli całą czwórką.

Czyli łącznie była nas dziewiątka.

Ukłoniliśmy się sobie nawzajem.

— Powodzenia w poszukiwaniach!

— Wszystkiego dobrego!

— Dziękujemy za gościnę!

— ZAPRASZAMY PONOWNIE!

Kiedy byliśmy już kawałek dalej, odwróciliśmy się i pomachaliśmy im jeszcze na pożegnanie.

— Odwiedzimy ich jeszcze kiedyś?

— A chciałbyś?

Skinąłem głową.

— To postanowione!

— Ale… najpierw musimy go zobaczyć, prawda?

— Cóż… ja już go widziałem… Sou da! Musimy! Tylko że to może zająć całe lata!

— No tak… Leć, Fearow!

Dziadek uśmiechnął się szeroko.

— Tylko niczego już nie próbuj!

Także się uśmiechnąłem.

— Nie będę.